środa, 28 listopada 2012

Ostatni Raz [JongKey]

GATUNEK: Romans, fluff, angst
BOHATEROWIE: Kim Kibum, Kim Jonghyun
OSTRZEŻENIA: Brak szczególnych

Jeden z moich pierwszych opowiadań z JongKey. Sentyment pozostał, więc postanowiłam umieścić go w mojej wirtualnej szufladzie ^^.




Kaplica kościelna była pusta, gdy młody wysoki chłopak w ciemnym garniturze otworzył boczne wejście. Rozejrzał się  po zastygłym w błogim spokoju wnętrzu, które za niecałą godzinę miało wypełnić się po brzegi ludźmi. Przeszedł powoli w stronę lewej nawy, gdzie, tuż przy ołtarzu, stało czarne pianino. Usiadł na ławce przy instrumencie, rozprostowując kilkakrotnie palce u rąk. Westchnął ciężko, po czym długo wpatrywał się w klawisze przed sobą, jak gdyby nieobecny, zamyślony, niezdecydowany.
Smukłe palce chwile błądziły niepewnie po klawiaturze, co chwilę wydobywając pojedyncze dźwięki. Dopiero po chwili spojrzał na czarny, lekko pogięty notatnik przed sobą, z którym spędził całą ostatnią noc oraz poprzednią i jeszcze kilka wcześniejszych. Nie był pewien, ile czasu tak naprawdę zajęło mu skomponowanie owej melodii, doskonale jednak pamiętał każdą wylaną łzę i uciskający go w klatce ból. Z bezsilności, straty, złości, nienawiści...
Miłości.
Zagryzł mocno wargi,  a jego palce śmielej uderzyły w klawisze instrumentu, gdy poczuł, że maska, którą utrzymywał od rana powoli zaczynała spadać. Uważnie śledził nuty, które tak naprawdę znał na pamięć, zalewając kaplicę przejmującą melodią. Żałosne, rozgoryczone dźwięki przybierały na sile, dając upust temu wszystkiemu, co gromadził w sobie, a czego nigdy nie będzie mógł powiedzieć na głos. Utwór był jego spowiedzią, ze wszystkiego, czego doświadczył, a czego doświadczyć zdecydowanie nie powinien.
Melodia była uwieńczeniem  i kulminacją jego cierpienia, choć nikt poza nim możliwe nigdy się o tym nie dowie. Ludzie, którzy przybędą niedługo do kaplicy zapewne odbiorą to zupełnie inaczej. Nie usłyszą ani słowa z jego lamentu, a on, zagra ją jako prezent dla gościa honorowego. Z najlepszymi życzeniami.
Chłopak przy pianinie skupiony, wciąż z zaciśniętymi ustami, dochodził do końca, a pieśń powoli opuszczała osiągnięte apogeum. Melodia zwalniała, stawała się subtelniejsza, jednak wciąż echem odbijała czyjś krzyk, czyjś szloch... Po chwili kaplica na nowo zastygła w ciszy, jak gdyby przejmujące przedstawienie nigdy się nie odbyło. Melodia wróciła na swoje miejsce, prosto w serce jej twórcy. Na nowo zapieczętował ją na dnie prawie martwego organu, po czym przywrócił na twarz maskę nieobecnego zamyślenia.
Westchnął, starając się dłonią zetrzeć z twarzy ślady zmęczenia i niewyspania, a także smugę po kilku łzach, które wcześniej mimowolnie pociekły po jego bladych policzkach.
- Nienawidzę ślubów - mruknął do siebie, po czym opuścił kaplicę, by wraz z innymi czekać na przybycie młodej pary.
***
Wyglądała jak anioł, przyszło mu na myśl, gdy młoda brunetka wysiadła z białej limuzyny obsypana oklaskami zebranych.
Wyglądała jak cholerny anioł w białej sukni, który za kilka minut miał zaznać prawdziwego szczęścia.
Zastanawiał się, czy jest tego świadoma? Fruwała na tych swoich anielskich skrzydłach szczęścia, witając się z gośćmi. W pewnym momencie znalazła go wzrokiem opartego o ścianę kaplicy i ich spojrzenia skrzyżowały się na kilka sekund.
Była świadoma. Była więcej niż świadoma. Nie tyle zdawała sobie sprawę ze swojego szczęścia, ale i nie omieszkała pokazać tego całemu światu. Jej ciemne oczy emanowały miłością.
- Wygrałaś, dziewczyno - szepnął i powoli osunął się na chodnik.
***
Anioł w białej sukni lewitował nerwowo wokół schodów kaplicy, coraz bardziej miętosząc bukiet białych lilii  Tren jej spódnicy co chwilę okręcał się wokół jej nóg, gdy obracała się na każdy dźwięk przejeżdżającego auta. Czuł, że anielska cierpliwość dziewczyny zanika.
- Może stoi w korku? -  Spojrzała na niego z rozpaczliwą nadzieją, że jakoś potwierdzi jej przypuszczenia. - Co innego mogło go zatrzymać? Gdzie on jest? Kibum, co ja mam zrobić? - Schowała twarz w dłoniach.
Milczał. Wiedział tyle, co ona, jeśli nie mniej, za to dzielił jej zdenerwowanie z równą siłą. Był nie tyle zniecierpliwiony, co bał się odpowiedzi. Strach powoli brał nad nim kontrolę,  jednak nie mógł jej tego pokazać. Nie mógł zawieźć panny młodej w najszczęśliwszym dniu jej życia.
- Spokojnie, Krystal,  nie wolno ci się zamartwiać. Tak jest napisane w światowym kodeksie panien młodych. - Posłał jej słaby uśmiech z nadzieją, że nie zauważy, ile kosztuje go ten wymuszony przejaw empatii. - Za chwilę na pewno tu wkroczy. Przecież wiesz, jak lubi się spóźniać w wielkim stylu. Lubi sławę, nawet taką pięciominutową i niekoniecznie przychylną.
Bezradny anioł usiadł na schodku, nie zważając na to, że niszczy suknię, symbol wielkiej miłości, niewinności i wszelkich cnót. Na tę myśl, Kibum walczył z ochotą podreptania rąbka materiału, który ułożył się u jego stóp.
- Chyba znasz go najlepiej z nas wszystkich  - powiedziała cicho, co trochę go zdziwiło. Kobieta nie tak powinna mówić o swoim przyszłym  mężu, jednak mimo to, komentarz mu  schlebiał.
Wiedział, że to prawda. Wiedział, że Krystal tak naprawdę nie miała pojęcia, kim jest jej wybranek i żyła w pajęczynie złudzeń, w którą ten doskonale ją owinął. Jednakże  miała przed sobą długie lata, w których pozna dokładnie każdą parszywą cechę swojego męża i zrozumie, że jest najszczęśliwszą istotą na świecie, mającą u boku  jedynego w swoim rodzaju  romantycznego idiotę. Tego wyjątkowego idiotę. Wyjątkowy skarb.
 Poczuł wibrację w kieszeni, na którą jego serce zabiło szybciej. Wyciągnął telefon, który informował go o nowej wiadomości.
***
Odruchowo wcisnął guzik windy, choć wiedział, że ta najprawdopodobniej już zawsze pozostanie zawieszona na najwyższym piętrze. Przewiesił przez ramię marynarkę garnituru i z ciężkim westchnieniem zaczął wspinać się po schodach. Dziesięć pięter w górę to prawie jak wspinaczka górska, a Kibum nigdy nie był fanem sportów.
Przy ostatnim podejściu jego oddech stał się już płytki i dosyć przyspieszony. Jego serce biło szybciej od dłuższego czasu  i z każdym kolejnym piętrem nabierało większych obrotów. Pchnął szerokie drzwi oddzielające go od dachu  budynku, na którym blisko krawędzi stała znajoma postać. W tamtej chwili miał wrażenie, że jego serce próbuje za wszelką cenę opuścić  klatkę piersiową. Pozwoliłby mu, gdyby tylko  oznaczało to, że nie będzie musiał dłużej cierpieć.
- Znalazłeś mnie. - Uśmiech na jego twarzy jedynie potęgował bolesne ukłucie pod mostkiem.
- Co. Ty. Wyprawiasz. - powiedział powoli, zbliżając się do niego. - I co to ma znaczyć? - Wyciągnął przed siebie telefon z wyświetloną wiadomością.
W odpowiedzi wzruszył ramionami.
- Nie mogę się z nią ożenić - odparł, spoglądając na miejski krajobraz przed sobą. - Nikt nie byłby szczęśliwy w tym związku. Ty też. Key, przecież wiesz.. - Wiedział. Kibum spuścił wzrok, nie mogąc dłużej znieść tego spojrzenia.
- Jonghyun, obiecałeś jej...
Przerwał, gdy chłopak gwałtownie się do niego zbliżył i ujął jeg twarz w dłonie, zmuszając go, by na niego spojrzał. Miał chłodne ręce, jednak Key i tak odniósł wrażenie, że jego policzki płoną od tego dotyku. Przez jego umysł przepłynął ciąg wspomnień, które z całej siły próbował odgonić, bowiem jedynie pogarszały sytuację. Powtarzał sobie, że jest na tyle silny, by pozwolić mu odejść, powtarzał sobie, że zrobi to dla Krystal, że zapomni o sobie, o nich...
- Jak mogę jej obiecać coś, czego już nie ma? - Głos Jonghyuna łamał się z każdym kolejnym słowem. - Wszystko oddałem. - Jego prawa dłoń lekko pogładziła policzek Kibuma. - Tobie!
Odepchnął obie ręce, starając się ze wszystkich sił nie ulec swoim uczuciom. Czuł, jak kołaczące serce wierci mu dziurę w piersi.
- To nie mogło się udać, Jonghyun.
- Dlaczego nie?! - krzyknął z goryczą. - Dlaczego nie, Key? Do tej pory się udawało! Powiedz, że nie doświadczyliśmy do tej pory czegoś pięknego, a skoczę z tego pieprzonego dachu!
- Uspokój się, Jjong - powiedział Key, patrząc z lekką obawą na chłopaka. - Kocham cię.
- Więc dlaczego nie możemy po prostu...
- Bo w tym świecie nie ma miejsca na miłość - przerwał mu cicho i usiadł na podłodze z głową opartą na kolanach. - Nie zauważyłeś? Wejdź do tej kaplicy i powiedz im o nas, a w jednym momencie stracisz wszystko i wszystkich.
Jonghyun podszedł do niego i usiadł obok, obejmując go mocno. Ramiona chłopaka wokół wąskiej sylwetki Kibuma zdawały się być czymś właściwym i zupełnie na miejscu.
- Wszystko poza tobą. To całkiem dobry układ - odparł, opierając głowę o jego ramię.
- Nigdy nie pozwoliłbym ci tak się dla siebie poświęcać. Nie potrafiłbym żyć z tą myślą - Zagryzł dolną wargę, starając się skupić całą uwagę na odczuwanym bólu. Tak bardzo próbował być silny.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówili, a jedynie trwali w tym uścisku z nadzieją, że rozwiązanie samo do nich przyjdzie. Key był świadomy mijających minut i czekającej na drugim końcu miasta dziewczyny w białej sukni, jednak nie miał na tyle siły, by odtrącić leżącego na jego ramieniu Jonghyuna. Czuł, że to prawdopodobnie ich ostatnie wspólne minuty, że wkrótce będzie musiał go oddać. Jeśli mógł sobie pozwolić na choć jeden drobny przejaw egoizmu to był to właśnie ten moment. Zanurzył twarz w ciemnych włosach chłopaka, starając się trwale zapisać w pamięci ten znajomy zapach.
- Nigdy nie będę w stanie jej uszczęśliwić. Nigdy nie będę dobrym mężem - odezwał się łamiąco Jonghyun.
- Wystarczy, że przy niej będziesz. Ona niczego więcej nie oczekuje. Twoja obecność... - przerwał na moment, bowiem coraz trudniej było mu ubrać myśli w słowa. - to najlepszy dar.
Ciszę przerwał dźwięk telefonu dochodzący ze śnieżnobiałej marynarki Jonghyna. Gdy Key pierwszy raz zobaczył go na dachu zrozumiał, jak bardzo się mylił, nazywając Krystal aniołem. Dopiero teraz znajdował się w ramionach anielskiej istoty.
Jonghyun niespiesznie wyciągnął telefon z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Odchrząknął zanim przyłożył aparat do ucha.
- Umma? - odezwał się niepewnie i Kibum na moment  zobaczył w nim małego, zagubionego chłopca,. - Umma, ja... - Spojrzał na Kibuma, który obserwował go w napięciu. - Miałem wypadek. - Starał się zignorować jego morderczy wzrok. - Nie, umma, nie! To nic poważnego! Lekki wstrząs mózgu...
- Jesteś idiotą, Jjong. - szepnął do niego Key i schował twarz w dłoniach.
Przez moment słuchał głosu matki, nic nie mówiąc. Zamknął oczy i westchnął głęboko.
- Proszę, przeproś ją ode mnie. Przeproś ich wszystkich - powiedział cicho, a jego głowa ponownie spoczęła na ramieniu Kibuma. - Co? Nie, nie przyjeżdżaj. Już jest wszystko w porządku. Kibum zabierze mnie ze szpitala.
Nie wierzył, że to zrobił. Nie wierzył, że to się dzieje naprawdę. Wyswobodził się z uścisku Jonghyuna, po czym wstał i podszedł na skraj dachu.
- Tak. Kocham cię. - Dobiegło go ciche wyznanie chłopaka.
Rozłączył się. Kibum słyszał za plecami, jak Jonghyun podnosi się z ziemi. Kroki. Dłoń na jego ramieniu.
- Key?
- Jonghyun, jak mogłeś... - Odwrócił się w jego stronę gotowy wykrzyczeć mu, jak wielkim jest idiotą, ale zamarł w pół zdania, napotykając na parę zagubionych, czekoladowych oczu. - Jjong...
- Key, proszę, zabierz mnie stąd. Ten ostatni raz.
Nie potrafił mu odmówić. Nie dziś.
- Ostatni raz.
Jonghyun nie puścił dłoni Kibuma ani na moment, kiedy niespiesznie schodzili po schodach.

***
Raz.
Dwa. Trzy.
- Kamień. Wygrałem. Jak zwykle. - Kibum wzruszył niedbale ramionami, opiewając swoje zwycięstwo  - Ja wybieram, ty płacisz.
Jobnhyun jęknął niezadowolony, jednak honorowo wyciągnął portfel.
- Przegrywam tylko w małych rzeczach - odparł.
- To profanacja nazywać czekoladowe crepe małą rzeczą. - Key zmrużył kocie oczy, po czym odebrał od kelnerki dwie zapakowane porcje jedzenia.
Jonghyun w odpowiedzi wywrócił oczami.
- Obsesja na punkcie czekolady. Masz słodkie zęby, Kibummie - drażnił się z nim, gdy przechodzili przez ulicę.
Dzielnica, w której się znajdowali z minuty na minutę stawała się coraz bardziej opustoszała, samochody mijały ich sporadycznie, a piesi zapatrzeni przed siebie spieszyli w stronę swoich mieszkań. Zapadał zmierzch, a na dodatek nad miastem zbierały się chmury deszczowe, co sprawiało, że noc zbliżała się szybciej.
- Nie tylko zęby. Po prostu jestem słodki - wyjaśnił spokojnie,  posyłając brunetowi drwiący uśmieszek.
- Tak - przyznał. - Prawdziwy chłopiec z cukru.
***
Jonghyun zagryzł usta, by powstrzymać cisnący się na nie uśmiech.
- Co za głupi pomysł włóczyć się na drugim końcu miasta w taką pogodę! - prychnął rozjuszony Kibum, próbując osuszyć dłonią mokrą od deszczu twarz.
Od jakiegoś czasu siedzieli skuleni na wąskich schodach jednego z bloków, który akurat mijali, gdy rozpętała się ulewa. Wystarczyło zaledwie kilka sekund, by doszczętnie zmokli. Wilgoć i niska, nocna temperatura coraz dobitniej dawała im się we znaki. Kibum odruchowo przysunął się do Jonghyuna, splatając z nim swoje ramię.
- Do twarzy ci z tym deszczem. - Jonghyun uśmiechnął się do niego szeroko, na co ten odpowiedział mu morderczym spojrzeniem.
 Nic jednak nie mogło zgasić jego radości. Jongyun czuł się szczęśliwy, czuł się na właściwym miejscu, we właściwym czasie i z właściwą osobą. Przez chwilę w milczeniu obserwował kroplę wody wędrującą po bladym policzku Kibuma, która spłynęła po jego idealnie wyrzeźbionej szczęce...
- Spokojnie chłopcze z cukru, jeszcze nie zacząłeś się topić - powiedział po chwili i potarł wolną dłonią  jego ramię.
Key na jego komentarz zaśmiał się krótko i spojrzał na niego niepewnie. Ten w odpowiedzi uniósł pytająco brew.
- Niewiele brakuje - szepnął Kibum, na moment spuszczając wzrok, by po chwili zawiesić go na ustach bruneta.
- Jak niewiele? - droczył się z nim, lekko przechylając głowę.
W odpowiedzi Key złączył swoje zimne usta z jego, by po chwili znów się odsunąć. Jonghyun widział, że chłopak walczy ze sobą, co tylko wzmocniło jego własną frustrację i poczucie winy. Tak bardzo pragnął wrócić do czasów, gdy nie obchodziło ich, co było właściwe, a co nie. Gdy nikt nie mówił im, kogo wolno im kochać, a kogo już nie. "Powinieneś"i "nie powinieneś" na zawsze wylądowało na jego czarnej liście najbardziej znienawidzonych zwrotów.
Nie myśląc długo, uniósł podbródek Kibuma i pocałował go. Ich wargi stopiły się ze sobą na długie minuty, w których żaden nie potrafił wskrzesić w sobie wyrzutów sumienia. Ten gest, wzajemna bliskość zdawała im się być czymś naturalnym, czymś, czym karmili się i żyli przez długie miesiące.
- Jonghyun... - Key próbował złapać oddech, gdy w końcu udało im się rozłączyć. - Nie zamierzam spędzić nocy na tych brudnych, ohydnych schodach. Jeśli się przeziębię wiedz, że będzie to tylko i wyłącznie twoja wina.
- Moja? - obruszył się brunet, jednak uśmiech wciąż igrał w kącikach jego ust.
- Absolutnie - potwierdził blondyn, po czym podniósł się z zimnego podłoża z dłonią wciąż splecioną z dłonią Jonghyuna. Nie chciał nawet myśleć o tym, że wkrótce będzie go musiał puścić. Na zawsze. - Na co czekasz? - Spojrzał zdziwiony na obserwującego go z ziemi bruneta. - Jeśli się nie pospieszysz, crepe wystygnie zanim dotrzemy do domu, a przysięgam, wolisz mnie nie widzieć, gdy tak się stanie - pogroził mu smukłym palcem.
- Przeżyłem, gdy raz zjadłem twój tort urodzinowy dla Taemina, więc i to przeżyję - odparł, podnosząc się ze schodów.
Ruszyli biegiem po pustej ulicy, próbując jakoś osłonić się przed ciężkim, narowistym deszczem.
- Wtedy nie byłem przemoczony do kości! I nie umierałem z głodu! - krzyknął do bruneta, próbując przebić się przez szum ulewy. - Nie musiałem też rezygnować z miłości mojego życia - dodał już ciszej, bardziej do siebie.
Jonghyn usłyszał także to, na co w odpowiedzi mocniej ścisnął jego dłoń. Miał ochotę zatrzymać się na środku ulicy w akompaniamencie paskudnej pogody i po raz kolejny pocałować chłopaka, jednak wydawało mu się to żenująco romantyczne.
- Przecież sam jestem żenująco romantyczny - mruknął do siebie, dłużej się nie zastanawiając.
Wargi Key były wilgotne i chłodne, zapewne tak samo jak jego własne. Dłoń blondyna zaczęła gładzić jego mokre włosy. Chłopak najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu przesadnemu romantyzmowi.
I... za to też go kochał.
***
- Następnym razem, gdy ktoś zapyta mnie, jak wygląda piekło opiszę mu ten dzień - wyznał Kibum, gdy w końcu udało mu się skostniałą ręka otworzyć zamek w drzwiach jego mieszkania.
W odpowiedzi usłyszał za plecami dźwięczny śmiech Jonghyuna.
- Nigdy nie byłeś dobry w biegach, Kibummie - podsumował, czym zarobił sobie mordercze spojrzenie blondyna, który po chwili rzucił mu w twarz czysty, biały ręcznik.
Jonghyun zdjął białą marynarkę, a następnie rozpiął guziki koszuli. Obie części jego ślubnej garderoby wylądowały na podłodze wraz z butami i skarpetkami. Wytarł mokre fragmenty ciała, po czym przewiesił sobie ręcznik wokół szyi i ruszył w stronę kuchni, gdzie Kibum z ręcznikiem owiniętym wokół głowy rozpakowywał przemoczone, papierowe opakowania z crepe.
- Są ciepłe! - oznajmił i spojrzał rozpromieniony na Jonghyuna. Brunet upajał się widokiem jego szczerego uśmiechu, mimowolnie go odwzajemniając.
- Jesteśmy uratowani - dodał, biorąc od blondyna swoją porcję.
Szybko zjedli czekoladowe naleśniki na sofie przy wielkim oknie, nie tracąc czasu na delektowanie się każdym kęsem, jak mieli w zwyczaju. Byli zbyt głodni na sentymenty.
***
Kibum wstał z sofy, delikatnie odsuwając głowę Jonghyna, która od jakiegoś czasu spoczywała na jego ramieniu. Brunet posłał mu zawiedzione spojrzenie, po czym, trzymając go za ręce, próbował ściągnąć go z powrotem na opuszczone miejsce. Ten w odpowiedzi posłał mu tajemniczy półuśmiech i przeniósł wzrok wyżej, na drugą część salonu.
-Jonghyn... Chciałbym ci coś pokazać - powiedział cicho, po czym pociągnął chłopaka do góry i zaprowadził w przeciwległy kąt pomieszczenia.
Niedaleko drzwi stało nowe, czarne pianino. Key przełknął głośno ślinę  niepewny tego, co zamierzał zrobić. Zbierając w sobie resztki sił i odwagi, usiadł przy instrumencie, po czym spojrzał przelotnie na zaintrygowanego Jonghyna.
- Po prostu posłuchaj. To miał być prezent ślubny - wyjaśnił, po czym wbił wzrok w klawisze, całą uwagę skupiając na melodii, która ciągle chodziła mu po głowie i boleśnie przypominała o rzeczywistości.
Po raz drugi tego dnia wykonał utwór, rozłamując pieczęć na sercu i pozwalając muzyce wypełnić pokój. Starał się panować nad trzęsącymi dłońmi. Może i zagrał go już dziesiątki razy, jednak nigdy nie przed Nim. Nigdy nie miał przed sobą głównego odbiorcy, przyczyny powstania kompozycji. Nie przypuszczał, że będzie to tak trudne, jednak nie było już odwrotu. Poddał się muzyce, dał upust temu wszystkiemu, co powoli zabijało go od miesięcy.
Jongyun słuchał oniemiały, zastygły w miejscu, z lekko rozchylonymi ustami. Rozumiał. Rozumiał wszystko, co chłopak starał się mu przekazać. Przełknął głośno ślinę i z zamkniętymi oczami wsłuchiwał się w melodię i cichy szloch Kibuma. To łkanie przeszywało jego uszy najmocniej.
- Key... - zaczął, gdy melodia nagle się urwała, a zgarbiona postać blondyna trzęsła się od płaczu - Kibummie...
Jonghyun usiadł na ławce przy pianinie  tuż obok niego i przyciągnął go do siebie, zanurzając twarz w miękkich, wciąż lekko mokrych włosach chłopaka. Próbował go uspokoić, głaszcząc jego plecy, a także zapanować nad samym sobą. Zacisnął mocno wargi i trwał w tej pozycji, dopóki szloch Kibuma na ucichł.
- To nie jest łatwe, Jjong. Pozwolić ci tak po prostu odejść - wyszeptał blondyn z policzkiem opartym na ramieniu drugiego chłopaka.
- Nie chcę odchodzić, Key - odparł również szeptem, kręcąc lekko głową.
- To jeszcze bardziej wszystko utrudnia! Gdybyś chciał, mógłbym sobie wytłumaczyć, że z nią będziesz szczęśliwy, a ja nie chce niczego prócz twojego szczęścia.
- Moje szczęście - powtórzył po nim. - Właśnie znajduje się w moich ramionach.
Po tych słowach uniósł podbródek Kibuma, pierwszy raz zmierzając się z widokiem jego zapłakanej twarzy. Nie cierpiał, gdy płakał. Ciągle walczył z wyrzutami sumienia, jednak w takich momentach czuł się wyjątkowo winny. Kciukiem otarł ostatnią łzę, która spłynęła z kącika lewego oka chłopaka. Nachylił się i złożył na jego ustach lekki pocałunek, który prawie natychmiast stał się desperacką potrzebą poczucia wzajemnej bliskości. Ich usta szukały się nawzajem, jak gdyby ucząc się współgrać na nowo. Pocałunek stawał się coraz bardziej niecierpliwy, gwałtowny i namiętny, a mimo to wciąż wydawał im się najbardziej niewinną czynnością na świecie. Key rozszerzył lekko wargi, po czym język Jonghuna musnął jego własny. Brunet wyczuł znajomy posmak czekolady, co jedynie zachęciło go do śmielszej wędrówki w ustach Kibuma. Dłoń Jongyuna błądziła po gładkim policzku chłopaka, co jakiś czas przesuwając się po jego idealnie wyrzeźbionej szczęce i smukłej szyi. Ręce Kibuma zaciśnięte były na brązowych włosach Jonghyna i starały się przyciągnąć go jak najbliżej się dało. Oderwali się od siebie niechętnie, tylko dlatego, że musieli złapać oddech.
- Jjong, to nie powinno mieć...
- Key, proszę. - Czekoladowe oczy chłopaka błyszczały i Kibum w jednej sekundzie zobaczył w nich strach, podniecenie i miłość. - Ten ostatni raz.
Nie mógł mu odmówić. Nie dziś.
***
Pierwszym, co Jonghyun poczuł po obudzeniu był chłód. Cienka pościel w żaden sposób nie chroniła go przed zimnem, a jedyne źródło ciepła zniknęło, pozostawiwszy po sobie jedynie nikłe dowody swojej wcześniejszej obecności. Chłopak poruszył skostniałymi palcami lewej dłoni, tęskniąc za dotykiem Kibuma, którego smukła ręka trzymała jego przez cały wcześniejszy wieczór i noc. Bez niej czuł się niekompletny i niepewny.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając chłopaka, jednak nigdzie go nie było. Przełknął głośno ślinę, gdy strach zaczął przejmować nad nim kontrolę. Szybko założył parę dresów wiszących na drzwiach szafy, po czym wyszedł z sypialni.
Mieszkanie było ciche i puste, a Jonghyun nigdzie nie dostrzegł ubrań Kibuma czy nawet wczorajszych naczyń po ich kolacji. Blond włosy chłopak zniknął, zacierając po sobie wszelkie ślady.  
- Key, do cholery, nie rób mi tego - szepnął do siebie.
Coraz bardziej spanikowany chwycił telefon i wybrał jedynkę. Sygnały mijały bez żadnego odzewu. Jonghyun zaczął krążyć nerwowo po pokoju.
- Musiałem, Jonghyun! - Brunet podskoczył, gdy nagle usłyszał łamiący się głos Kibuma. - Nie potrafiłeś odejść, więc musiałem to zrobić za ciebie!
- Key... gdzie jesteś? - spytał cicho.
Przez chwilę panowała cisza, jak gdyby chłopak wahał się, czy odpowiedzieć.
- Na lotnisku. Za dziesięć minut odlatuje i... tak będzie łatwiej
- Na lotnisku? Kibummie, gdzie...
- Do USA - odpowiedział.
- USA - powtórzył za nim oszołomiony.
Cisza. Cisza przerywana szarpanym oddechem blondyna.
- Jonghyun... musisz nauczyć się czerpać szczęście ze swojego życia, bez względu na to czy jestem obok czy tysiące kilometrów dalej. Oboje musimy się tego nauczyć.
- Nie, Key. Niczego nie musimy! - Pokręcił nieświadomie głową. - Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć! To nie jest koniec!
- Jonghyun, proszę... - Głos Kibuma był coraz bardziej łamiący. - Muszę kończyć. Kocham cię i będę kochał zawsze.
- Kibum nie próbuj się rozłączać! Znajdę cię! Znajdę cię, słyszysz?!
- Jonghyun, też mam nadzieję, że znajdziemy się w jakimś lepszym miejscu, gdzie miłość nie jest zabroniona. - Z tymi słowami Key rozłączył się, pozostawiając Jonghyuna z głuchą ciszą i tysiącem niewypowiedzianych słów.
- Znajdę cię - powtórzył, po czym osunął się na podłogę. 

***

czwartek, 27 września 2012

Osiemnaście świeczek na torcie - [BaekYeol]

GATUNEK: Romans, fluff, AU, Supernatural
BOHATEROWIE: Byun Baekhyun, Park Chanyeol
OSTRZEŻENIA: brak

Chłopiec przyglądał się uśmiechniętej twarzy klauna, która wisiała na jasnych drzwiach jego pokoju. Kolorowy błazen wyglądał radośnie i beztrosko, co pomagało mu uwierzyć, że wszystko będzie dobrze. Skupiał całą swoją uwagę na tym jednym obrazie w myślach z uporem powtarzając sobie, że jutro rano nadejdzie kolejny szczęśliwy dzień. To chciał usłyszeć z roześmianych ust klauna.
 Podciągnął pod brodę kołdrę w zielone smoki i bardziej wtulił twarz w poduszkę, gdy zza drzwi dobiegł go głośny szloch matki. Zacisnął usta i zakopał się w miękkim materiale, zapominając o uśmiechu klauna, bowiem ten, nawet gdyby chciał, nie mógł ochronić go przed odgłosami kłótni. Wzdrygnął się na łóżku, gdy dom przeszyło ostre trzaśnięcie drzwiami. W kolejnych minutach słyszał już tylko łkanie kobiety, przed którym tak bardzo chciał uciec w krainę snów. Im bardziej tego pragnął, tym dłużej pozostawał całkowicie rozbudzony.
 Dziesiąte urodziny Byuna Baekhyuna nie znalazły się w pierwszej trójce jego ulubionych.
 Chłopiec nie winił rodziców za to, że nie urządzili mu przyjęcia czy nie kupili tortu z Supermanem, którym ktoś niedawno chwalił się w klasie. Było mu przykro, że w ogóle zapomnieli o jego święcie, natomiast znaleźli okazję do wszczęcia kolejnej z tych kłótni, po których tata nie wracał do domu przez tydzień, a mama zapominała o jego istnieniu. Może i był młody i nie rozumiał wiele z tego, co działo się między rodzicami, ale jego maleńkie, dziecięce serce bolało za każdym razem, gdy  miało to miejsce.
 Czasem bolało tak mocno, że czuł się temu winny i chciał... zniknąć.

- Masz już dziesięć lat, a płaczesz jak pięcioletnia dziewczynka.

Baekhyun podskoczył na łóżku wystraszony obcym głosem, który był pewien, że nie pochodził z jego głowy. Serce zaczęło mu bić szybko i miał wrażenie, że zaraz wyleci z klatki piersiowej, więc dla bezpieczeństwa przycisnął do niej dłoń.  Znieruchomiał pod kołdrą, bowiem nie miał odwagi wychylić choćby nosa na zewnątrz. Uznał, że pomimo okoliczności wcale nie chciał umierać.
 A już na pewno nie w swoje urodziny.

- Odejdź stąd, potworze! - krzyknął trochę piskliwym głosem i jeszcze bardziej skulił się pod kołdrą.

Czyjś głośny śmiech rozległ się za jego plecami, co trochę zdziwiło chłopca, bowiem nie przypominał sobie, by kiedykolwiek słyszał o potworach zdolnych do śmiania się. To jednak kazało mu trzymać jeszcze większą ostrożność.

- Spokojnie. Nie zamierzam cię zjeść - odpowiedział mu obcy głosem tak łagodnym, że Baekhyun przez moment miał ochotę mu uwierzyć. Szybko jednak zganił się za tę myśl. - Nie jestem też potworem.

- Wszystkie potwory tak mówią! - odkrzyknął, czym zarobił sobie kolejną dźwięczną salwę śmiechu.

- Potwory też posiadają serce. Nie zabijamy dzieci w dniu ich urodzin. Oczywiście, gdybym był potworem. Jeśli wyjdziesz ze swojej pieczy, dzielny chłopcze, zobaczysz, że nie ma się czego bać.

Baekhyun zawahał się i boleśnie przygryzł dolną wargę. Jego kryjówka i tak nie miała szans z prawdziwym potworem, więc uznał, że starcie ze złem to tylko kwestia czasu. Podniósł lekko kołdrę i rozejrzał się po skąpanym w nocnym mroku pokoju.

- Więc kim jesteś? - spytał, gdy znalazł wzrokiem swojego rozmówcę.

Z ulgą odnotował, że w istocie nie był bestią, a chłopcem. Musiał przyznać, że wyglądał dosyć normalnie, gdy siedział na parapecie jedynego okna w pokoju z długimi nogami wiszącymi w powietrzu. Światło ulicznej latarni oświetlało jego twarz, która wieńczyła łagodny i zupełnie beztroski wyraz. Jasne, lekko kręcone włosy i duże, przyjazne oczy podkreślały jego anielski wizerunek.
 Baekhyun w jednym momencie zapomniał o wizji potwora i wygrzebał się z łóżka, by podejść bliżej nieznajomego. Chłopak na oknie wyglądał na starszego od niego, co jedynie zwiększyło zachwyt dziesięcioletniego właściciela pokoju.

- Jesteś czarodziejem? - dopytywał, gdy nieznajomy uśmiechnął się do niego szeroko, jednak nic nie odpowiedział.

- Nie, chyba nie - odparł i pokręcił głową, wprawiając swoje włosy w ruch.

Odpowiedź rozczarowała Baekhyuna. Kąciki jego ust na moment opadły, jednak postanowił nie tracić nadziei.

- Nie masz w sobie magii? Jakoś musiałeś się tu dostać! - nalegał, mierząc chłopaka błagalnym spojrzeniem.

- Myślę, że mam w sobie trochę magii - odparł poważnie, jednak jego zaciśnięte usta zdradzały, że walczy ze śmiechem. - Umiem pojawiać się we właściwym miejscu i czasie dla osób, które tego potrzebują.

- Jesteś bohaterem! - krzyknął rozentuzjazmowany dziesięciolatek, a w jego oczach pojawiły się iskierki radości. - Przybyłeś uratować moje urodziny? Umiesz spełniać życzenia? Umiesz latać?

- Tak, powiedzmy, że tak - odparł ze śmiechem, który brzmiał tak zaraźliwie, że Baekhyun zapragnął mu zawtórować ot tak, bez powodu. - Do północy zostało czterdzieści minut, więc nie mamy za wiele czasu. Uśmiechasz się, to pół sukcesu. - Na te słowa kąciki ust chłopca uniosły się jeszcze wyżej. - Czy jest jeszcze coś, co mogę dla ciebie zrobić? Co sprawi, że będziesz szczęśliwy?

Baekhyun zamyślił się, ponownie przygryzając usta. Jeszcze niedawno miał w głowie całą listę rzeczy, które pragnął dostać na urodziny, jednak teraz, kiedy nieznajomy zadał mu pytanie, chłopiec miał mętlik w głowie. Wszystko zdawało się nieistotne, dziecinne albo przestało go już interesować. Odwrócił wzrok od nieznajomego i przeniósł go wyżej, gdzie na niebie wciąż świecił okrągły księżyc. Baekhyun uznał, że pod tym kątem wyglądał jak aureola nad głową jego bohatera.

- Chcę gwiazdę - wypalił bezmyślnie i wskazał ręką w stronę nieba. - Złap mi jedną!

To najwyraźniej zaskoczyło chłopaka na oknie, który teraz przyglądał mu się z niedowierzaniem. Zakłopotany przeczesał dłonią swoje włosy i spojrzał z przerażeniem za siebie, na gwiaździste niebo.

- Cóż.. ciężko złapać gwiazdę... - zaczął tłumaczyć.

- Nie dasz rady? - przerwał mu chłopiec, patrząc na niego wyzywająco, jakby właśnie brali udział w zakładzie. - Przyszedłeś na moje urodziny bez prezentu.

Chłopak na oknie udał oburzenie, jednak w kącikach jego oczu utrzymywało się rozbawienie.

- Jesteś bardzo interesownym dzieckiem, wiesz? - drażnił się z nim, gdy zgrabnie zeskoczył z parapetu i stanął przed dziesięciolatkiem. Baekhyun musiał jeszcze bardziej zadzierać głowę, bowiem nieznajomy okazał się być niezwykle wysoki. - Zgoda, złapię dla ciebie gwiazdę i obiecuję dostarczyć ją jeszcze przed świtem.

- Naprawdę?! - Oczy chłopca rozszerzyły się z ekscytacji.

- Naprawdę - upewnił go. - Ale teraz powinieneś już spać.

Baekhyun podążył wzrokiem za jego ręką, która wskazywała na łóżko i niechętnie zagrzebał się w swoim posłaniu. Spojrzał niepewnie na nieznajomego, który nie ruszył się z miejsca.

- Jak masz na imię? - spytał, przekrzywiając lekko głowę.

- Jestem Chanyeol - odparł i ukłonił się lekko. - Miło mi cię poznać, Baekhyun.

Chłopiec nie pytał, skąd zna jego imię, bowiem uznał, ze bohaterowie po prostu muszą wiedzieć takie rzeczy. Pokiwał głową i w przypływie nagłej nieśmiałości omiótł wzrokiem pokój zanim znowu spojrzał na chłopaka przy oknie.

- Chanyeol, czy opowiesz mi bajkę zanim pójdziesz łapać gwiazdę? - zdołał z siebie wydusić.

- Och, chciałbym - zaczął, a jego twarz lekko spochmurniała. - Ale nie dziś. Zostawmy to na następne urodziny, zgoda?

Jego słowa początkowo zmartwiły dziesięciolatka, jednak pojednawczo pokiwał głową. Chanyeol pozostawiał mu przynajmniej nadzieję kolejnego spotkania.

- Do zobaczenia, Baekhyun. I wszystkiego najlepszego - powiedział cicho, machając do chłopca, a jego wysoka postać z każdym słowem robiła się coraz mniej wyraźna.

- Żegnaj! - odkrzyknął, gdy po chłopaku został już tylko lekki kontur.

Sen długo nie przychodził do dziesięciolatka, który nerwowo miotał się na łóżku z ekscytacji i radości, jakie przyniosło mu dziwne, nocne spotkanie. Jego serce jeszcze długo nie mogło znaleźć starego, równomiernego rytmu, a myśli nie były w stanie uwolnić się od obrazu Chanyeola. Baekhyun nie pamiętał momentu, w którym udało mu się zasnąć, nie wiedział też, ile trwał jego niespokojny sen, ale gdy się obudził, za oknem wciąż panował mrok.
 Kątem  oka dostrzegł jasny, migoczący kształt na szafce nocnej. Momentalnie przypomniał sobie o złożonej mu obietnicy i podniósł się z poduszek. Wydał z siebie cichy okrzyk zachwytu, gdy zobaczył na stoliku szklany, zamknięty słoik z maleńkim, latającym punkcikiem.

- Gwiazda - wyszeptał oszołomiony i przycisnął słoik do piersi. - Prawdziwa gwiazda. Dziękuję, Chanyeol! - dodał, spoglądając w sufit z nadzieją, że gdziekolwiek jest jest jego bohater, to będzie w stanie go usłyszeć.

Baekhyun żył w przeświadczeniu, że posiada autentyczną gwiazdę cały tydzień, dopóki migocący punkcik nie osiadł na dnie słoika.
Dopiero dobrych kilka lat później dowiedział się o świetlikach.
***
Był śpiący i zmęczony po długim dniu miłych jak i przykrych wrażeń, jednak z całych sił starał się pozostać świadomy. Oparł ciężką głowę o zimną szybę i obserwował, jak jego oddech tworzy na niej mgliste obłoki. Patrzył otępiale na ulicę za oknem, starając się nie tracić kontaktu z rzeczywistością.
W międzyczasie jego powieki zaczynały robić się naprawdę ociężałe...

- Czekasz na kogoś?

Natychmiast wyprostował się na parapecie i zdziwiony odnotował, że wbrew wszelkim staraniom, i tak zdołał zasnąć. Byun Baekhyun posiadał bowiem tę niezwykłą umiejętność do zapadania w drzemkę nawet w najmniej komfortowych warunkach. Zdolność była przydatna w pewnych okolicznościach, jednak czasem stawała się uciążliwa.
Ciągle trochę nieświadomy odwrócił głowę w stronę, z której usłyszał pytanie, by o mało nie zderzyć się czołem z Chanyeolem.  Nawet nie zauważył, kiedy szatyn znalazł się na parapecie tuż obok niego. Wyglądał na zadowolonego z takiego obrotu sytuacji, co podsumowywał jego triumfalny uśmiech.

- Już na nikogo - mruknął po chwili i ziewnął przeciągle. - Zawsze musisz zjawiać się w ostatnim momencie moich urodzin? - Posłał mu pełne wyrzutu spojrzenie, na które twarz Chanyeola lekko sposępniała. - Przegapiłeś całe przyjęcie i tort...

- Przepraszam. Nic nie mogę na to poradzić - przerwał głosem zdradzającym, że naprawdę było mu przykro.
Gdy wieczny uśmiech zniknął z jego twarzy, Baekhyun poczuł się za to winny. Po krótkim wahaniu odważył się położyć dłoń na jego ramieniu. Oczy Chanyeola na ten gest zdawały się lekko rozpogodzić.

- To nic - zapewnił go, lekko przygryzając wargę. - Piętnaste urodziny nie są niczym niezwykłym. Ani nie czuję się starszy ani mądrzejszy...

Obaj zaśmiali się na uwagę bruneta, co znacznie poprawiło atmosferę w pokoju. Baekhyun tak naprawdę nie potrzebował wiele do bycia szczęśliwym. Cieszył się drobnymi gestami i momentami, jak choćby możliwość śmiania się z drugą osobą. Uważał, że śmiech to najlepsza droga do umocnienia więzi opartej na pewnych podobieństwach łączących pokrewne dusze.
Chanyeol był właśnie taką pokrewną duszą.

- Zdaje się, że przegapiłem więcej niż tylko tort i przyjęcie - odezwał się po chwili szatyn, patrząc znacząco na lewą rękę Baekhyuna, która znajdowała się w białym, świeżym gipsie.
Brunet podążył za jego wzrokiem, po czym pokiwał i westchnął ciężko na wspomnienie sprzed kilku godzin.

- Prezent urodzinowy od przyjaciela - wyjaśnił tajemniczo i uśmiechnął się krzywo, podnosząc zagipsowane ramię.

Chanyeol wytrzeszczył zdziwiony oczy.

- Macie dziwne zwyczaje w dawaniu prezentów - podsumował.

- To nie tak. - Baekhyun potrząsnął głową. - Sehun nie zrobił tego celowo. Po prostu... był Sehunem. 

Chanyeol pokiwał głową, udając, że rozumie, jednak wciąż mierzył go ostrożnie wzrokiem. Brunet w odpowiedzi wzruszył zrezygnowany ramionami.

- Boli? - spytał z troską w głosie.

Baekhyun uśmiechnął się lekko i pokręcił głową. Zrobiłby tak nawet, gdyby naprawdę bolało tylko po to, by nigdy więcej nie zmartwić Chanyeola.

- Powinieneś się na nim podpisać -  stwierdził brunet i, nie czekając na reakcje chłopaka, zeskoczył niezgrabnie z okna.

Podszedł do biurka i otworzył szufladę, gdzie trzymał swój jedyny czerwony flamaster nadający się do pisania po gipsie. Wręczył go szatynowi i na moment się zatrzymał, bowiem zdał sobie sprawę, ile uprzednio pracy wymagało go wspięcie się na ten przeklęty parapet z niesprawną ręką. Westchnął cicho, po czym postanowił odpuścić.

- Wszystko w porządku? - dopytywał Chanyeol, przekrzywiając głowę.

- Tak. - Przywrócił na usta lekki uśmiech. - Chodź, na łóżku będzie wygodniej.

Chanyeol postanowił nie pytać i posłusznie podążył za Baekhyunem. Zajął miejsce na skraju pościelonego łóżka tuż obok chłopaka, który wyciągnął przed nim ramię z gipsem. Szatyn ciągle niepewny otworzył pisak i mimowolnie zaczął przygryzać czerwoną zakrętką.

- Powinienem napisać coś specjalnego? - spytał, stukając smukłymi palcami o gips.

Baekhyun przygryzł dolną wargę, co stało się już jego niezdrowym nawykiem, po czym wzruszył ramionami.

- Cokolwiek - odparł cicho i spuścił wzrok na dłoń szatyna na swoim ramieniu. - Cokolwiek, co pomoże mi wierzyć, że jesteś prawdziwy.

Po tych słowach w pokoju zapanowała cisza przerywana od czasu do czasu odgłosem ich oddechów. Baekhyun nie miał śmiałości spojrzeć w górę na twarz szatyna, bowiem czuł na sobie jego przeszywający wzrok. Tak bardzo nie chciał go martwić, ale z drugiej strony niektóre słowa zdawały mu się koniecznością.

- Jestem prawdziwy, Baekhyun. - Usłyszał spokojne oświadczenie blisko swojego ucha, a następnie dotyk ciepłej dłoni na swoim policzku.

Czuł, że jego twarz czerwieni się od tego kontaktu, jednak nie chciał go przerywać, bowiem miał irracjonalne wrażenie, że tak naprawdę całe życie tęsknił za owym dotykiem. Chanyeol odciągnął dłoń. Początkowo Baekhyun  był tak przejęty wcześniejszym gestem chłopaka, że nawet nie zauważył, kiedy ten zaczął pisać na jego gipsie.  

- "Dzień, w którym damy życie marzeniu, znowu powstaniemy" - przeczytał wiadomość na ręce i uniósł brwi trochę zdziwiony wyborem Chanyeola. Wiedział, że będzie musiał przeczytać te słowa jeszcze wiele razy zanim zrozumie przesłanie.
Pokiwał głową i posłał chłopakowi dziękczynny uśmiech. Chciał zabrać rękę, ale dłoń szatyna delikatnie przytrzymała ją na miejscu.
- Nie skończyłem - oświadczył z tajemniczym uśmiechem i wrócił do przerwanej czynność.
Baekhyun westchnął głęboko, udając znudzenie, jednak uśmiech nie opuszczał jego twarzy.
- Nie prosiłem, żebyś pisał dla mnie książki - mruknął z sarkazmem.
- I nie piszę - odparł po chwili. - Gotowe.
Baekhyun przyjrzał się swojej zagipsowanej ręce, na której pod wcześniejszym zdaniem pojawiło się imię 
Chanyeola z wyraźnie zaakcentowanym "C". Brunet zaśmiał się na widok rysunku koślawej podobizny chłopaka obok podpisu oraz kilku maleńkich serduszek wokół całego dzieła.
- Starałem się - powiedział Chanyeol jak gdyby w próbie usprawiedliwienia.
- Jest super - zapewnił go Baekhyun, bo w istocie tak właśnie uważał.
W odpowiedzi szatyn lekko popchnął go ramieniem. Przez moment siedzieli tak na łóżku i jedynie przekomarzali się, próbując przy tym zepchnąć drugiego na podłogę.
- Już prawie północ - powiedział cicho Chanyeol, gdy Baekhyun opadł poddańczo na poduszki.
Pokiwał głową, bowiem rozumiał, co kryło się za tymi słowami. Myśl o rozstaniu zatruwała go i boleśnie przywracała do rzeczywistości. Wymienił z Chanyeolem desperackie spojrzenie i ostatkiem sił zmusił się do lekkiego uśmiechu.
- W takim razie na koniec chcę uslyszeć tę nudną bajkę o dwóch księżycach, którą opowiadałeś mi na jedenaste urodziny - zarządał i schował się pod kołdrę, gotowy do snu.
Chanyeol zaśmiał się na prośbę Baekhyuna, jednak posłusznie próbował odtworzyć w pamięci ową historię. Brunet nie przywiązywał uwagi do słów, skupiając się na podążaniu za równomiernym, kojącym dźwiękiem głosu Chanyeola.
Zasnął zanim usłyszał morał, tak samo jak cztery lata temu.


***
- Baek...

Przekręcił się na drugi bok.

-...Hyun. Baek Hyun.

Zmarszczył nos, jednak wciąż za wszelką cenę podążał za swoim snem i odrzucał rzeczywistość.

- Byun Baekhyun!

Lekko podskoczył na łóżku, gdy ktoś krzyknął bardzo blisko jego ucha i potrząsnął nim za ramiona. Otworzył oczy, co początkowo nie przyniosło żadnych efektów, bowiem w pokoju panowała nieprzenikniona ciemność. Ten fakt jedynie bardziej go zirytował, bowiem ciągle mógłby spać, gdyby nie czyjaś uparta pobudka. Zamrugał, by przyzwyczaić wzrok do ciemności i już po chwili był w stanie dostrzec postać siedzącą obok niego na łóżku. Zupełnie wbrew rozsądkowi i logice, jego serce zabiło mocniej.

- Chanyeol - szepnął, wyciągając przed siebie rękę, by dotknąć ramienia chłopaka i upewnić się, że jeszcze nie śpi. - To ty?

Baekhun dostrzegł, jak jego jasne włosy podskakują, gdy Chanyeol potrząsnął głową.

- Sto lat, Baekhyun - zanucił wesoło i potargał ciemne włosy wciąż leżącego chłopaka. - To twoja  słodka szesnastka!

Baekhyun prychnął zupełnie nierozbawiony żartem szatyna i wywrócił oczami. W rzeczywistości nie potrafił być na niego zły, bowiem każda komórka jego ciała cieszyła się na ich ponowne spotkanie. Chanyeol sprawiał, że z utęsknieniem wyczekiwał dnia swoich urodzin tylko po to, by spędzić z nim trochę czasu.
Pojawiał się co roku tej jednej jedynej nocy i Baekhyun nie kwestionował owego zjawiska, pozwalając sobie wprowadzić w swoje życie tę odrobinę absurdu. Chanyeol był jego absurdem, jego sekretem, nadzieją i szczęściem, ale nigdy nie odważył mu się tego powiedzieć.

- Gdzie prezent? - spytał zwyczajowo, siadając na łóżku.

Był świadomy, że jego włosy znajdowały się w kompletnym nieładzie, jednak zważywszy na panujący mrok, uznał ten stan rzeczy za nieistotny. Spojrzał wyczekująco na Chanyeola, który jęknął zrezygnowany i pokręcił głową.

- Jesteś zepsuty, Baekhyun - odparł poważnie, jednak zaraz po tym parsknął śmiechem. - Czy ja nie jestem wystarczającym prezentem?

Baekhyun zmierzył go wzrokiem, udając że się zastanawia. Podrapał się po podbródku i uśmiechnął do niego drwiąco. Chanyeol urażony otworzył usta.

- Czy ja wiem.. - zawahał się, po czym uniknął dłoni chłopaka, który próbował uderzyć go w głowę. - Nie miałbym z ciebie dużego pożytku... - zaśmiał się po tych słowach, bowiem nawiedziło go pewne wyraźne wspomnienie. - I pomyśleć, że kiedyś miałem cię za superbohatera!

Chanyeol, mimo że wciąż obrażony komentarzem, zawtórował mu w głośnym wybuchu śmiechu, gdyż tamto spotkanie wydało mu się równie zabawne. Baekhyun obserwował jego pogodną twarz, delektując się zaraźliwym, radosnym dźwiękiem. Nie miał odwagi przyznać się, że tak naprawdę w jego oczach już na zawsze pozostanie bohaterem. Jego prywatnym bohaterem, gotowym obronić go przed wszystkim i wszystkimi.
Zmieszany zagryzł usta. 

- Nie doceniasz mnie - zaprotestował, siląc się na powagę. - Mam wiele talentów do zaprezentowania.

- Och, zaczynam być zainteresowany - odparł Baekhyun i wyprostował się na łóżku, patrząc na chłopaka wyczekująco. - Mów dalej.

Chanyeol początkowo zaśmiał się trochę nerwowo, bowiem brunet celowo mierzył go bardzo badawczym spojrzeniem niczym sędzia na castingu. Westchnął i rzucił w Baekhyuna poduszkę, która uderzyła w jego twarz.

- Ej! - krzyknął oburzony, po czym podniósł się na kolana i zaczął bić go tą samą bronią.

- Dobrze! - odkrzyknął pojednawczo, osłaniając się ramionami. - Porozmawiajmy o moich talentach.

- Skromność - mruknął z sarkazmem brunet i usiadł z powrotem na swoim miejscu.

- Potrafię tańczyć - wyznał już poważnie i wstał z łóżka.

Baekhyun niepewnie śledził go wzrokiem. Uniósł pytająco jedną brew, gdy szatyn stanął na środku pokoju i zapalił lampkę przy biurku. Lekkie, stłumione światło wypełniło pokój. Baekhyun w końcu mógł zobaczyć go dokładnie i w całej okazałości. Miał na sobie tę samą białą koszulę i ciemne, eleganckie spodnie, co zawsze. Strój nadawał mu pewnej szlachetności, przez którą Baekhyun czasem nabierał wątpliwości czy przypadkiem nie spotkał anioła.

- Bez muzyki? - spytał brunet, gdy Chanyeol pozostawał bez ruchu.

- Daj telefon - zażądał, wyciągając przed siebie dłoń.

Baekhyun trochę zdezorientowany wyciągnął komórkę spod poduszki i podał ją chłopakowi. Zdziwiony odnotował, że w momencie, w którym urządzenie trafiło do ręki Chanyeola, ciszę przerwała znajoma, dziewczęca piosenka.

- Twinkle? Poważnie? - spytał z niedowierzaniem, na co szatyn posłał mu szeroki uśmiech.

- Dobry tancerz poradzi sobie z każdym utworem.

Baekhyun postanowił tego nie kwestionować, dając szatynowi szansę się wykazać. Oboje starali się powstrzymać śmiech, gdy Chanyeol nieudolnie naśladował układ dziewczyn z teledysku. Brunet obserwował go z łóżka, nie odrywając wzroku od roześmianych oczu szatyna.
Po chwili Chanyeol skinął na niego ręką, by dołączył do tańca i w każdym innym wypadku Baekhyun stanowczo by odmówił.
Ale nie jemu.
I Twinkle, dodał szybko na swoje usprawiedliwienie.
Nie miał pojęcia, jak układ miał wyglądać w rzeczywistości i był prawie pewien, że jego towarzysz również, dlatego obaj usiłowali jedynie wykonać najdziwniejszy ruch, jaki przychodził im akurat do głowy. Ich śmiech momentami był tak głośny, że zagłuszał muzykę, jednak i ta przestała być istotna, bowiem wystarczało im jedynie wzajemne towarzystwo.
Tej nocy przetańczyli wiele innych piosenek, między którymi znalazło się też odrobinę hip hopu, w którym Chanyeol zdecydowanie pobijał Baekhyuna, a także kilka ballad. Brunet nie miał pojęcia, jakim cudem wydobywały się z jego telefonu, bo i nigdy wcześniej ich nie słyszał.  
Po kilku godzinach obaj byli wykończeni. Baekhyun ziewnął przeciągle i zamrugał kilkakrotnie, by nie zasnąć na stojąco. Powolna melodia w tle zdecydowanie mu tego nie ułatwiała. Nie myśląc długo, zawiesił ramiona na szyi Chanyeola i oparł głowę na jego piersi. Był zirytowany, bowiem, mimo że fizycznie znajdowali się w tym samym wieku, Baekhyun pozostawał o wiele niższy od Chanyeola i musiał stanąć na palcach. Szatyn trochę niepewnie, ale po chwili objął go w talii. Leniwie kołysali się w rytm powolnej muzyki, dopóki wyższy z dwójki nie zauważył, że uścisk Baekhyuna na jego szyi zrobił się o wiele cięższy. Spojrzał w dół, by dostrzec jego twarz.
Brunet spał.
Na stojąco.
Chanyeol zdusił rodzący się w nim chichot, po czym lekko podniósł śpiącego chłopaka i zaniósł go do łóżka. Przez chwilę obserwował jego spokojną twarz, po czym zgasił światło i wyłączył muzykę.

- Chanyeol?

Zachrypnięty głos bruneta zatrzymał go na środku pokoju. Podszedł do łóżka i usiadł na jego brzegu. Baekhyun po omacku znalazł jego dłoń i lekko uścisnął.

- To naprawdę była słodka szesnastka - powiedział z szerokim uśmiechem. - Dziękuję.

W odpowiedzi pogładził go po dłoni.

- Mam nadzieję, że za rok w końcu nie zapomnisz o prezencie - drażnił się z nim.

- Posiadam wiele innych talentów, zepsuty dzieciaku - odciął się ze śmiechem i potargał go po włosach.

- Nie mogę się doczekać - odparł i posłał mu ostatni lekki uśmiech zanim zapadł w sen.

Miał wrażenie, że kiedy na kilka sekund obudził się w nocy, wciąż trzymał dłoń Chanyeola.
Albo przynajmniej chciał wierzyć, że tak właśnie było.

***
Tej nocy czuł się dziwnie.
Czuł się inaczej, a jego organizm na zmianę zalewała fala ekscytacji i zdenerwowania. Nie potrafił zrozumieć własnych reakcji, co jedynie wpędzało go w większą frustrację. Miał problem z zapaleniem małej świeczki stojącej na biurku, bowiem zapałka w jego niecierpliwej dłoni jak na złość nie chciała się rozpalić. Udało mu się to dopiero po pięciu próbach i kiedy patrzył na maleńki płomień przed sobą, walczył z ochotą zdmuchnięcia go tak samo, jak wszystkiego, co czuł tej nocy.

- Czy to... dla mnie?

Głos tak znajomy, a jednocześnie tak długo niesłyszany sprawił, że jego tętno trzykrotnie zwiększyło obroty. Odwrócił się od biurka, w stronę drzwi, gdzie w stłumionym świetle świecy stał Chanyeol. W jego ciemnych oczach odbijały się małe płomyczki ognia, gdy przyglądał się Baekhyunowi ze szczerym zdumieniem wypisanym na twarzy. Mierzyli się spojrzeniem przez kilka sekund, w których brunet odnotował, że jego gość nic się nie zmienił. Wyglądał tak samo, jak rok dwa czy siedem lat temu.

- Jesteś dziś wcześniej - powiedział trochę zachrypniętym głosem i zaczął nerwowo wyginać palce u dłoni. Kolejny irytujący nawyk.

Chanyeol w zdumieniu uniósł brwi, jak gdyby nie miał o tym pojęcia, jednak po chwili przywrócił na twarz dziarski wyraz i wzruszył ramionami.

- To chyba dobrze? - spytał z tajemniczym uśmiechem.

Baekhyun odwzajemnił gest i pokiwał głową. Skinął na niego ręką, by podszedł bliżej, co niepewnie, acz z ciekawością uczynił.

- Na dowód, że nie jestem zepsutym dzieciakiem zostawiłem dla ciebie kawałek tortu - powiedział dumnie Baekhyun i wskazał na sporą porcję czekoladowego ciasta leżącą obok świeczki.

Chanyeol zaśmiał się i zmierzwił ciemne włosy niższego chłopaka, czym zarobił sobie jego mordercze spojrzenie. Szatyn uśmiechnął się szeroko i skosztował odrobinę tortu. Baekhyun oczekująco badał jego reakcję, przygryzając dolną wargę. Obserwował, jak chłopak przymknął lekko oczy, a następnie na jego twarz wstąpił rozmarzony uśmiech.

- Cudowny - skomentował po chwili, co Baekhyun przyjął z ulgą.

Sięgnął małym widelcem po następny kawałek, jednak tym razem skierował go w stronę bruneta. Uśmiechnął się do niego zachęcająco, a w jego oczach pojawił się tajemniczy błysk, którego Baekhyun nie rozumiał. Na moment zastygł w bezruchu niepewny, co zrobić, jednak ostatecznie otworzył usta i skosztował własnego ciasta. Chanyeol zdawał się być zadowolony, natomiast brunet z trudem przełknął kawałek, bowiem w pewnym momencie dłoń drugiego chłopaka zbliżyła się do jego twarzy. Chanyeol kciukiem otarł okruszki z kącika ust Baekhyuna, który po początkowym szoku doszedł do wniosku, że dłoń na zbyt długo zatrzymała się na jego wardze... Wypuścił wstrzymywane powietrze, gdy został uwolniony od tego dotyku. Zmieszany spuścił wzrok, gdy poczuł, jak na jego policzki wstępuje rumieniec. Nie mógł przez to zobaczyć rodzącego się, nowego uczucia w oczach Chanyeola.
Odchrząknął lekko zanim znów podniósł wzrok.

- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale nawet nie zapytałem o prezent, co całkowicie zmywa ze mnie etykietę zepsucia - powiedział, zmuszając się do uśmiechu, by rozładować napiętą atmosferę.

Uwaga rozbawiła Chanyeola, który w odpowiedzi zaśmiał się pogodnie i posłał mu współczujące spojrzenie, jak gdyby rozczulony zachowaniem Baekhyuna.

- A co jeśli tym razem mam dla ciebie prezent?

Baekhyun otaksował go podejrzliwie wzrokiem. Chłopak nie miał przy sobie niczego, co mogłoby być jego przypuszczalnym prezentem ani miejscem, w którym owy mógłby się znajdować. Ostatecznie brunet doszedł do wniosku, że Chanyeol znowu się z nim drażni, więc zrobił minę, dając mu do zrozumienia, że wcale nie jest  tak śmieszny jak myśli.

- Świat to nie sama materia, Baekhyunnie - zaczął Chanyeol tonem zadziwiająco poważnym. Brunet spojrzał mu ostrożnie w oczy zdziwiony sposobem, w jaki wymówił jego imię. - To także dusza.

- Co masz na myśli? - Zmarszczył nierozumnie brwi.

Byun Baekhyun dowiedział się zanim na dobre zdążył skończyć swoje pytanie, bowiem Chanyeol w tym samym momencie pochylił się i złączył ich usta w pocałunku. Dotyk delikatnych i miękkich warg szatyna zupełnie go oszołomił. Nie spodziewał się tego po Chanyeolu, dlatego początkowo nie mógł wskrzesić w sobie żadnej reakcji i jedynie pozwalał okupywać tym subtelnym gestem swoje obezwładnione usta. Nie pamiętał, kiedy zamknął oczy, jak i momentu, w którym dłoń Chanyeola znalazła się w jego włosach. Czuł natomiast, że traci już nie tylko kontrolę nad świadomością, ale i własnymi nogami. Miał wrażenie, że tonie, że daje się porwać z nurtem, w którym nigdy nie miał się znaleźć. Zacisnął pięści na białej koszuli szatyna, w jednym momencie zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma nic przeciwko podążaniu zakazanym szlakiem, a zarazem, że jest przerażony.
Chanyeol zdawał się wyczuć, co działo się w niespokojnym sercu drugiego chłopaka, bowiem jego wolna dłoń objęła go mocno w talii, chroniąc tym samym przed upadkiem.
Baekhyun nie mógł również przypomnieć sobie momentu, w którym zaczął odwzajemniać pocałunek.
Zaczynał rozumieć coraz więcej. Pragnął tego tak bardzo i boleśnie, że początkowo nie był w stanie myśleć o konsekwencjach. Liczyła się ta jedna noc i sposób, w jaki usta Chanyeola błądziły po jego, jak gdyby doskonale je znały, jak gdyby zostały do tego stworzone. Ten gest wychodził poza materialne granice, wypalając sobie drogę w duszy Baekhyuna, który w tym jednym momencie poczuł się kochany jak nigdy dotąd, nagrodzony, jak nikt nigdy nie został, szczęśliwy, jak nikt nigdy nie będzie. To wszystko skumulowane w jego wnętrzu spowodowało, że całym sobą pragnął zatonąć razem z Chanyeolem.
Gdyby tylko było to możliwe.
Zacisnął jeszcze mocniej powieki, próbując nie myśleć o niczym. To Chanyeol przerwał pocałunek i spojrzał na niego spod półprzymkniętych powiek. Dłoń szatyna zsunęła się z włosów Baekhyuna i powędrowała blisko jego lewego oka.

- Baekhyunnie, dlaczego płaczesz? - spytał cicho, nie odsuwając się ani o cal. Z jego twarzy momentalnie zniknęło błogie rozmarzenie, natomiast pojawił się wyraz szczerego zatroskania. - Czy zrobiłem coś nie tak? Nie podoba ci się mój prezent? Ja... przepraszam!

Naprawdę płakał? Baekhyun i tego momentu nie pamiętał, jednak doskonale znał jego przyczynę. Zacisnął usta i spuścił wzrok, by jakimś sposobem powstrzymać kolejną falę rozpaczy. Nieprzekonany, czy jest w stanie mówić, pokręcił w odpowiedzi głową.

- Więc dlaczego...

Spojrzenie zaszklonych oczu Baekhyuna zatrzymało go w pół zdania. Twarz szatyna zdawała się sposępnieć, gdy zdołał odczytać z tego wzroku nieme wyjaśnienie. Wiedział, dlaczego. Wiedział od samego początku.

- Kocham cię.

Szept Baekhyuna przeciął ciszę. Jego dłonie wciąż kurczowo trzymały biały materiał koszuli szatyna, jak gdyby z obawą, że ten zaraz rozpłynie się w powietrzu. Po tym wyznaniu Chanyeol zbladł i przez chwilę brunet naprawdę wystraszył się, że go tak zostawi.

- A nigdy nie powinienem - dodał, łamiącym się głosem. - Nie wiem, kim jesteś Chanyeol. Nawet nie wiem, czy jesteś prawdziwy. I wiesz co? To boli. Kochać i nie wiedzieć dlaczego. Kochać kogoś, kogo widzi się przez kilka godzin w ciągu roku. To cholernie boli!

Chanyeol milczał i jedynie mierzył go rozszerzonymi oczami. Baekhyun boleśnie zagryzł wargę, bowiem nigdy wcześniej nie widział tyle cierpienia na twarzy szatyna. Zawsze starał się go chronić przed każdą możliwą krzywdą, a teraz sam był głównym jej źródłem. Wiedział jednak, że ten konkretny ból pozostawał konieczny.

- Kim jesteś, Chanyeol? - spytał z naciskiem, gdy wyższy chłopak nie reagował. - Dlaczego pojawiasz się tylko w moje urodziny? Gdzie jesteś przez cały rok?

Cisza.

- I dlaczego mnie pocałowałeś? - dodał ciszej i zrezygnowany spuścił wzrok, bowiem nagle poczuł się zmęczony tą rozmową i wszystkim, czego dotyczyła.

Tym razem to Baekhyun zapragnął się rozpłynąć.

- Bo cię kocham - wyszeptał Chanyeol po długiej chwili, gdy  brunet stracił nadzieję, że kiedykolwiek usłyszy odpowiedź.

Baekhyun uniósł głowę gotowy krzyknąć, jednak smukłe dłonie Chanyeola po obu stronach jego twarzy powstrzymały go i uniemożliwiły odwrót.

- Czy to może ci na razie wystarczyć? - wyszeptał, opierając swoje czoło o czubek głowy bruneta. - Proszę.

Zanurzył usta w jego miękkich włosach i przez moment pozostawali w takiej pozycji, wsłuchując się jedynie w swoje oddechy. Baekhyun chciał zaprotestować, chciał znać odpowiedzi na swoje pytania i przez chwilę był gotów odepchnąć szatyna i żądać wyjaśnień. Zanim jednak zdołał wprowadzić plan w życie, usta Chanyeola zaczęły sunąć po jego czole, następnie wzdłuż twarzy, naznaczając ją drobnymi pocałunkami. W tamtym momencie Baekhyun stracił gotowość do walki, a na jego policzkach pojawił się rumieniec. Uchwycił błagalne spojrzenie Chanyeola zanim ten złożył na jego ustach pocałunek, który tym razem brunet od razu odwzajemnił.
Jeśli miał szansę całować go tylko tej jednej nocy, to nie zamierzał z niej rezygnować.
Baekhyun desperacko starał się zapamiętać dotyk aksamitnych ust Chanyeola na swoich wargach jak i jego subtelnych dłoni na skórze, gdzie pozostawiały po sobie palące ślady. Gdy leżeli złączeni ze sobą na łóżku, Baekhyun doszedł do wniosku, że nawet gdyby chciał, nie mógłby tego zapomnieć. Miał wrażenie, że w ciągu tych siedemnastu lat, tak naprawdę nigdy nie doświadczył niczego porównywalnego z tym, co działo się z nim tej nocy.
Na zmierzenie się z konsekwencjami miał cały najbliższy rok.
***
Baekhyun tym razem nie wzdrygnął się na głośne trzaśnięcie drzwiami sypialni. Kontynuował ostrożne nalewanie czerwonego wina do dwóch kieliszków, a jego jedyną reakcją na wcześniejszy odgłos było ciche, zrezygnowane westchnienie. Może i wkroczył w świat dorosłych, jednak wciąż nie mógł zrozumieć wielu reakcji zaobserwowanych u ponoć dojrzałych ludzi.
Wziął z kuchennego blatu dwie lampki wina i ruszył z nimi do salonu. Zajął miejsce na skórzanej kanapie obok kobiety, która siedziała skulona na jej skraju i energicznie masowała sobie skronie. Wyglądała na zmęczoną i poddaną, co sprawiało, że wyglądała dużo starzej niż w rzeczywistości była.

- Dziękuję, skarbie - odparła, siląc się na uśmiech, kiedy odbierała od niego kieliszek. Upiła odrobinę i przymknęła oczy. - Przepraszam cię, że tak wyszło. Zepsuliśmy ci urodziny.

Kobieta ukryła twarz w wolnej dłoni zawstydzona i zmartwiona obrotem sprawy. Chłopak objął ją ramieniem i zaczął gładzić po cienkich, ciemnych włosach.

- To nic wielkiego - próbował ja pocieszyć, bowiem w istocie tak uważał. Po osiemnastu latach spędzonych w ten sposób zdążył przywyknąć do kłótni rodziców, a klaun przestał mu być potrzebny. - Mamo...

- Tak?

- Dlaczego to znosisz? - spytał po chwili wahania i spojrzał niepewnie na kobietę obok. - Dlaczego wciąż jesteście razem?

Jego matka zamrugała kilkakrotnie, starając się otrząsnąć ze zdumienia, jakie wywarło na niej to bezpośrednie pytanie. Równie dobrze mogła być w szoku, bowiem odpowiedź wydawała jej się oczywista. Tak oczywista,  że nie wymagała pytań.

- Kocham twojego ojca, Baekhyun - wyznała, a w jej głosie chłopak wyczuł pewność, którą tak rzadko u niej słyszał.
Wypił połowę winą w kieliszku zanim ośmielił się kontynuować tę rozmowę.

- Kochasz go - powtórzył obojętnie. - Kochasz go, mimo że większość czasu się kłócicie, a większość nocy spędzacie oddzielnie?

Czuł, że nie powinien tego mówić, ale było za późno. Zacisnął usta i spuścił wzrok, bowiem mimo alkoholu nie miał śmiałości spojrzeć w oczy swojej matce. Podważał małżeństwo rodziców, a to zapewne podchodziło pod brak szacunku i zwykłą bezczelność. Te pytania jednak chodziły mu po głowie za długo, by mógł dłużej trzymać je dla siebie.

- Wiesz, kochanie - zaczęła spokojnie, najwyraźniej nieurażona jego pytaniem. - Miłość ma swoją cenę. Zmusza do poświęceń... Gdy się zakochiwałam nie myślałam o tym, jednak od początku byłam na nie gotowa. Kłócimy się z twoim ojcem, wiem, ale jeśli to jest ceną za jego miłość i każdy uśmiech, który daje mi podczas przeprosin, to... jest tego warty.

Baekhyun słuchał jej w milczeniu z każdym słowem, pogrążając się coraz bardziej w ciąg swoich myśli.
***
Kilka razy zacisnął i otworzył pięść zanim ośmielił się pociągnąć za klamkę. Uznał to za śmieszny paradoks - bać się wejść do miejsca, które zwykł nazywać swoim azylem. Gdy otworzył pokój przywitała go ciemność przecięta kilkoma niewyraźnymi smugami świateł ulicznych latarni. Odwrócił się, by zamknąć za sobą drzwi. W tym samym momencie to poczuł. Czyjąś obecność. Gdzieś bardzo blisko.
Może nawet bliżej niż przypuszczał, bowiem po jego karku przeszedł dreszcz, gdy czyjś oddech omiótł mu szyję.

- Gratuluję - odezwał się ktoś głębokim głosem, za którym Baekhyun tak piekielnie tęsknił. - Gratuluję wejścia w dorosłość.

W jednym momencie odwrócił się, by zobaczyć uśmiechniętą twarz Chanyeola tak blisko, że lekko otarli się końcówkami nosów. Wymienili ze sobą jedno intensywne spojrzenie, którym starali się wchłonąć upragniony widok i upajać w nim najmocniej jak to tylko możliwe. Baekhyun nie pamiętał jak oddychać, jak mówić czy mrugać oczami, natomiast jednej rzeczy nigdy nie mógłby zapomnieć. Stanął na palcach i musnął usta Chanyeola, co ostatecznie przerodziło się w namiętny pocałunek.  
Baekhyun objął ramionami szyję szatyna, gdy poczuł jego żelazny uścisk wokół swojej talii. Nierozdzieleni ani na moment znaleźli drogę w stronę łóżka. Chanyeol usiadł na jego skraju i pociągnął za sobą bruneta, który wylądował na jego kolanach. Ich twarze w końcu znalazły się na tej samej wysokości, ich oczy po raz kolejny mierzyły się nawzajem z tym samym, niegasnącym pragnieniem. Dłonie Baekhyuna gładziły smukłe policzki Chanyeola, badając każdy szczegół  jego twarzy. Tak bardzo chciał móc widzieć ją każdego dnia i nocy. Oddałby wszystko, by móc go dotykać każdego poranka, by móc kłócić się z nim przy każdej możliwej okazji, by śmiać się z nim bez powodu, całować godzinami i kochać... Po prostu kochać. Tak jak teraz. Tak jak tej nocy.
Bezradnie oparł głowę na ramieniu Chanyeola, gdy zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie będzie mu to dane.

- Baekhyunnie? - Głos był zatroskany, ale i kojący tak samo jak dłoń głaszcząca go po włosach.

Wyprostował się, by móc ponownie zobaczyć twarz szatyna.

- Chanyeol, musisz mi powiedzieć - wyszeptał. - Ja muszę znać prawdę.

- Za wszelką cenę? - Głos chłopaka był słaby i łamiący.

Baekhyun zacisnął usta i przez moment wahał się nad odpowiedzią. Chciał wiedzieć. Musiał wiedzieć. Jednak coś w głosie Chanyeola podpowiadało mu, że tak naprawdę może tego pożałować.
Z ciężkim sercem pokiwał głową.

- Dobrze - odparł pojednawczo szatyn, po czym uniósł go lekko za ramiona i posadził obok siebie. Sam wstał z łóżka i powoli przeszedł kilka kroków, jak gdyby przygotowując się do wyznania czegoś poważnego.  - Masz rację, musisz wiedzieć, kim jestem. Gdyby to było tak proste, powiedziałbym ci osiem lat temu. Wtedy, kiedy wysłałeś mnie po gwiazdę.

Usta Chanyeola, podobnie jak Baekhyuna,  na moment wygięły się w uśmiechu na to wspomnienie.

- Nazywam się Park Chanyeol - kontynuował, ponownie przybierając poważny ton. - Zmarłem szóstego maja 1997 roku.

Baekhyun był w stanie jedynie wytrzeszczyć oczy, bowiem umysł za nic nie chciał przyjąć tej prawdy do świadomości. Jego serce zareagowało dużo szybciej i po chwili poczuł, jak jedna łza spływa mu po policzku. Nie był w stanie zareagować, mógł jedynie patrzeć na stojąca samotnie postać, którą pokochał, choć zdążył ją stracić zanim na dobre się poznali. Chanyeol nie żył.
Chanyeol był...duchem?

- Dlaczego? - wyszeptał, bowiem głos odmówił mu posłuszeństwa.

- To były moje urodziny. Miałem osiemnaście lat, a jedyne życzenia, jakie usłyszałem należały do mojej mamy, która umierała na raka po drugiej stronie słuchawki. Odeszła dziesięć minut po naszej rozmowie, a ja... ja zostałem. Sam. Zupełnie sam. Bez ochoty do świętowania czy dalszego życia.

- Chanyeol, czy...

- Nie - przerwał mu, najwyraźniej wiedząc, o co chciał zapytać. - Nie planowałem samobójstwa. O ile prowadzenie auta po trzech butelkach wina nie było prostą drogą w tym kierunku... Tak naprawdę niewiele pamiętam z tamtego dnia poza tym jednym, przeszywającym uczuciem... Samotnością. Towarzyszyło mi od lat i z roku na rok utwierdzało w przekonaniu, że przegrywam życie. I...chyba przegrałem.

Baekhyun podniósł się ze swojego miejsca i podszedł do chłopaka, gdy ten spuścił głowę i odwrócił się do niego plecami. Objął go mocno ramionami, a jego łzy zmoczyły białą koszulę Chanyeola.

- Tak mi przykro - powiedział cicho, choć te słowa w żaden sposób nie opisywały tego, co czuł naprawdę.

 Chanyeol nie żył. Chanyeol był duchem. Nie należał do jego świata, a zarazem pozostawał najprawdziwszą rzeczą w jego życiu.
Słysząc za sobą ciche łkanie, obrócił się w stronę bruneta i ujął jego twarz w dłonie. Baekhyun dostrzegł, że oczy szatyna również niebezpiecznie się zaszkliły, jednak na jego ustach wciąż igrał lekki uśmiech.

- Ktoś uznał, że ten mały dziesięcioletni dzieciak może czuć się podobnie - powiedział, całując go w czubek głowy. - Ktoś dał mi szansę udowodnić, że do czegoś się nadaję, że mogę pomóc innej duszy.
Baekhyun uśmiechnął się przez łzy.

- Pomogłeś, ale nie przyznam tego - wyszeptał, kręcąc głową. - Jeśli to zrobię, znikniesz. Twoje zadanie będzie wykonane... prawda?

Spojrzenie szatyna powiedziało mu wszystko to, czego obawiał się najbardziej. Potrząsnął głową jeszcze energiczniej, wzmacniając swój żelazny uścisk wokół Chanyeola.

- Nie - zaprotestował cicho, lecz stanowczo. - Nie możesz! Chanyeol, nie możesz tak po prostu zniknąć!

Krzyczał niepogodzony i przerażony przez prawdę, desperacko szukając wzroku chłopaka, jednak ten wpatrywał się w jakiś punkt nad jego ramieniem.

- Chciałeś wiedzieć bez względu na cenę. - Szatyn starał się zabrzmieć spokojnie, jednak jego głos zaczął łamać się pod koniec zdania.

- Potrzebuję cię - wyznał błagalnie Baekhyun. - Kocham cię! Nie odchodź...

- Wciąż tu jestem - odparł, gładząc go po włosach. - I będę zawsze tak, jak do tej pory. Byłem tu z tobą, wiesz? Nigdy nie odszedłem.

Baekhyun spojrzał na niego nierozumnie.

- Byłem z tobą, gdy Sehun kopnął piłkę, która złamała ci rękę. Byłem z tobą, gdy zdawałeś pierwszy egzamin w szkole. Nuciłem melodię, gdy morderczo uczyłeś się grać na pianinie. Byłem tu, gdy Tao złamał ci nos i, gdy przez pół roku uciekałeś przed tą upartą nooną. Trzymałem cię za rękę, gdy pierwszy raz poważnie pokłóciłeś się z ojcem. Poprawiałem błędy w twoich wypracowaniach, kiedy spałeś. Byłem z tobą, Baekhyunnie.

Brunet był w stanie jedynie patrzyć na niego wytrzeszczonymi oczami zupełnie oniemiały jego wyznaniem.

- Pamiętaj o tym - dodał po chwili, w której pozwolił niższemu chłopakowi przetrawić informacje. - I doceniaj to, co masz. Bądź szczęśliwy, dobrze? Bądź taki dla mnie.

Baekhyun pokręcił głową, choć wiedział, że nic tym nie wskóra. Zamknął oczy, by powstrzymać łzy, jednak czuł się tak słaby i bezsilny, że nie był w stanie walczyć z samym sobą. Poczuł, jak usta Chanyeola przesuwają się po jego policzkach śladem torowanym uprzednio przez łzy. Desperacko przywarł do jego warg z jedną niewypowiedzianą prośbą - bycia kochanym. Chanyeol zrozumiał go bez słów.
Ta noc była jednocześnie najtragiczniejszą chwilą w życiu Baekhyuna, ale i najpiękniejsza, jakiej kiedykolwiek doświadczył. Stracił wiele, ale i zyskał w tym samym momencie. Kochał, będąc jednocześnie kochanym i cenił to uczucie niczym sacrum. 
Dla niego Chanyeol żył i nigdy nie umarł. Był przy nim, tak długo jak wiara i miłość istniały.